poniedziałek, 26 maja 2008

Kolebka Wolfiego

Poznajecie?
To podobizna małego Mozarta. Zdjęcie zrobione w lutym bieżącego roku w Salzburgu, w muzeum kompozytora. Miejmy nadzieje, że Mozart miał się trochę lepiej w pierwszych latach swojego życia, oby nie świecono mu niebieską jarzeniówką w oczy(to raczej niemożliwe) i nie duszono go sztywnym kołnierzem. Niestety moje nadzieje są nikłe, słyszałem bowiem, że zamiast mlekiem karmiono go wodą z cukrem. Ciekawe jak to odbiło się na jego kondycji i samopoczuciu?
Zdjęcie zrobiło jedno z dwóch naszych Ja wysłanych do Austrii w celu przygotowania naszego pobytu. Asia Wakuluk i Szymon odwiedzili Dom Mozarta. Nie mogli zrobić więcej zdjęć wnętrza budynku, jednak już to jedno wiernie oddaje atmosferę panującą w muzeum - horror, labirynt strachu trącający nudą. Sprzeczność? Sami się przekonacie - jeśli ktoś z Was skusi się na wizytę w muzeum.

Na mnie nie liczcie. Wolę pospacerować po uliczkach Slazburga, który podobno od stulecia nie zmienił swego bajkowego klimatu.

Wnętrze Katedry sprzyja pięknym liturgicznym wykonaniom Mozarta, które są tutaj chlebem powszednim. Będziemy mieli okazję zagrać/zaśpiewać w pięknym i doskonale do tego przygotowanym miejscu.


W Salzuburgu poznacie ojca Lecha Silberta - kapucyna, który pomaga nam w zorganizowaniu koncertu. Jesteśmy mu szczególnie bliscy gdyż w szeregach naszego chóru śpiewa jego siostrzenica - Monika Żukowska "Żukolina". Już dzisiaj bardzo dziękuję ojcu za pomoc a Monice za kontakt do wuja.

Deusz

czwartek, 22 maja 2008

Najmłodsi Mozartowicze

Witajcie,

postanowiłem przedstawić Wam nasze najmłodsze Ja. Poprosiłem wszystkich młodych rodziców by opowiedzieli nam o swoich, a tym samym i naszych, pociechach. Pierwsza na moja prośbę odpowiedziała Antonina Witajewska - Tosia, która śpiewała z nami jako solistka - mezzosopran. W tym roku w projekcie oprócz młodej mamy weźmie także udział Helenka. Oto jak pisze o niej mama.

Przedstawiam Wam Piękną Helenę, która przyszła na świat 23.08.2007.

Jest niezwykle pogodną i towarzyską małą kobietką, kokietującą wszystkich i wszystko co tylko wpadnie w jej błękitne oczka.

Geniusz Mozarta jak na razie jej nie przekonuje :-) ale za to z całą pewnością Stabat Mater w opracowaniach Pergolesiego, Vivaldiego i Scarlattiego zna od podszewki (mama intensywnie koncertowała w czasie kiedy kształtowały się Helenkowe uszka).

W przyszłości będzie stowarzyszeniową perkusistką pod warunkiem, że dostarczy się jej odpowiednią ilość garnków, pokrywek i drewnianych łyżek.

Póki co jesteśmy na etapie uczenia się "gdzie kaczuszka ma oczko" oraz "książeczki nie są do jedzenia".

Ulubione słowo: "NIE" .Wszystko przed nami!!!

Pozdrawiamy serdecznie!

Tosia i Helenka

Nie wiem jak Wy, ale ja nie mogę doczekać się spotkania z Helenką i Tosią.

Niedługo przedstawię Wam kolejnego członka SM2003.

Pozdrawiam
Deusz


czwartek, 8 maja 2008

Spotkania na szczycie...

Stowarzyszenie Mozart 2003 jako byt złożony z wielu Ja ma ogromną potrzebę spotykania się w swoim gronie. Podczas takich spotkań, rozmawiamy o niezwykle istotnych i zdecydowanie nieistotnych kwestiach, zastanawiamy się nad przyszłością i przeszłością, nad naszym rozwojem, wspieramy się jeśli trzeba. Czasami mają miejsce konfrontacje. Zawsze jednak dochodzimy do konsensusu i rozstajemy się z żalem.

Oto kilka chwil uchwyconych na jednym z takich spotkań.
Miejsce: Warszawa, ul. Freta, pierogarnia.
Czas: było jeszcze zimno, wieczorem, po mszy o 18.00

Epizod I - PLANY







Epizod II - PROGRAM








Epizod III - DOBRA MINA...















Do zobaczenia na następnym spotkaniu.

Deusz


niedziela, 27 kwietnia 2008

Obiecana historia wyprawy w góry ...

Przez moją opieszałość (nie znajduję usprawiedliwienia dla mego przedłużającego się milczenia) musimy cofnąć się w czasie o rok. Kilka tygodni temu wróciłem z Zakopanego i chętnie opowiedziałbym Wam o moich tegorocznych przeżyciach. Obiecałem Wam jednak pewną historię i nie chcę by dłużej zalegała niewypowiedziana w moich myślach. Oto ona …

Obiecana historia wyprawy w góry…

Niedziela Wielkanocna Roku Pańskiego 2007. Temperatura powyżej zera, słonecznie. Grupa ok. 15 osób nazywająca siebie Stowarzyszeniem Mozart 2003 wybrała się w góry. Cel wyprawy – zdobyć Kasprowy. Po dotarciu do Kuźnic członkowie dzielą się na dwie grupy. Jedni staja w kolejce do kolejki linowej drudzy wyruszają na szlak. Jeszcze nie wiedzą, że niezależnie od wyboru jakiego dokonali przyjdzie im zmierzyć się z górskim żywiołem.

Pierwsza grupa zdecydowała się na łatwiejszą choć mniej przyjemną drogę dotarcia na szczyt. Ośmiu członków Stowarzyszenia stanęło na końcu długiej kolejki. Po półgodzinnym oczekiwaniu zorientowali się, że kolejki odjeżdżają w górę co 15 min. Każda kolejka zabiera trzydzieści osób, 120 osób na godzinę. Przed nimi w kolejce stało około 300 osób. Zdali sobie sprawę, że mają przed sobą prawie trzy godzinny czekania. Ich sposób dotarcia na szczyt nie tylko nie był przyjemny, okazał się ponadto wcale nie być łatwiejszym. Perspektywa zmarnowania pięknego dnia w górach na czekanie w kolejce była przerażająca. Sytuacji nie poprawiali pojawiający się co jakiś czas posiadacze karnetów, którzy majestatycznie w swych narciarskich butach w niecałą minutę pokonywali odległość z końca kolejki na sam jej początek – wydłużając tym samym czas oczekiwania szarym turystom – biednym, małym żuczkom. Przed rozpaczą i rezygnacją grupę ratuje gra w „Ktosia” (zaszczepiona na gruncie stowarzyszenia przez niejaką Kasię O. – piękny mezzosopran o licznych talentach). Tajniki tej gry poznaje każdy, kto wyruszy w trasę Projektu Mozart 200n.

Wyzywając się na intelektualne potyczki grupa bliska wyczerpania dociera do okienka kasowego. Ostatnie Ja stowarzyszenia i ostatni bilet, drzwi kolejki zamykają się – co za szczęście, że nie musieli się kolejny raz rozdzielać…

W tym czasie…

W drodze na Kasprowy znajduje się 7 członków Stowarzyszenia. To Ci, którzy wyżej cenią wyzwania od wygody i bezpieczeństwa. Chcą dotrzeć na Halę Kondratową a dalej wyciągiem krzesełkowym na sam szczyt. Niestety, gdy docierają na halę ich ukryte obawy stają się rzeczywistością – wyciąg jest nieczynny. Postanawiają ruszyć dalej. Niepostrzeżenie ich szlak zmienia się w trasę narciarską. Muszą ją przeciąć i resztę drogi pokonać przez las. Przecięcie trasy narciarskiej to nie lada wyczyn, szczególnie dla tych, którzy wybrali się w góry w trampkach. Pojedynczo lub w małych grupkach biegiem pokonują kilkumetrowy odcinek, tak by nie dać się staranować narciarzom. To w tym kryzysowym momencie jedno z Ja nadwyręża nogę. Zapada decyzja by iść dalej. Osłabione Ja przy pomocy Innych dzielnie pokonuje las. Docierają pod szczyt. Tu wszyscy czują ulgę. Przed ich oczami rozpościera się cudny widok – czynny wyciąg narciarski. Jadąc krzesełkami oprócz przeraźliwego zimna czują radość z odniesionego zwycięstwa. Niestety to nie koniec wyzwań, wyciąg kończy się tuż pod szczytem. Ten ostatni odcinek muszą pokonać po ubitym, śliskim śniegu. Dopiero na szczycie podziwiają widoki. Słońce przebija się przez chmury i odbija się w lśniących górach.

Już razem podziwiamy pokrytą śniegiem Świnicę, Białe Czerwone Wierchy … powoli panoramę gór spowijają chmury.

Drogę powrotną grupa pokonuje razem podziwiając widoki z wagonika kolejki linowej. Marysia (uściski) piszczy przy każdym wyraźniejszym bujnięciu. Jest cudnie…. J

To koniec wspomnień. Choć pewnie każde z Ja biorących udział w wyprawie mogłoby dopisać tu jeszcze wiele wątków (zapraszam).

sobota, 2 lutego 2008

Triduum Paschalne


Jakie święta lubicie najbardziej?

Osobiście najbardziej dotykają mnie Święta Wielkanocne, szczególnie Triduum Paschalne. Sięgam pamięcią do zeszłorocznego Triduum i na samo wspomnienie ogarnia mnie specyficzne uczucie, ma posmak świeżego zimnego powietrza, mieni się kolorami góralskiej chusty. Dlaczego? Ostatnie Święta Wielkiej Nocy spędziłem w Zakopanem, korzystając z gościnności proboszcza Sanktuarium na Krzeptówkach. Zgromadziłem się tam w kameralnym gronie (około piętnastu „ja”), mieszkaliśmy na parafii i przygotowaliśmy oprawę świątecznej liturgii. Chciałbym by moje wspomnienia obudziły pragnienie wspólnego uczestnictwa w Triduum Paschalnym, które za siedem tygodni sprowadzi Was do Zakopanego. Obiecuję , ze moje wspomnienia będą subiektywne i jednostronne:) Tym bardziej zachęcam inne „ja” do otwierania swojej pamięci i wpisywania komentarzy. No to wspominamy….

Wielki Czwartek
Trwa Eucharystia – ofiarowanie. Stoimy na chórze – widać z góry ludzi siedzących w ławkach. Przychodzi mi do głowy myśl, że wyglądają jak łąka późną wiosną – wielu z nich jest ubranych w swe odświętne ludowe stroje. Czuję napięcie przed wydaniem z siebie pierwszego dźwięku. Zaczynamy śpiewać. Spoglądam w dół pewny, że patrzy na nas wiele par oczu… Nikt się nie odwrócił, nie wierzę, czekam aż ktoś zareaguje, nic, jakby słyszeli nas co niedziela. Myślę sobie – pewnie są tak skupieni na liturgii, nie odwracają wzroku od ołtarza. Gdy jednak po mszy nikt nie komentuje naszego śpiewu - ani wierni ani ksiądz – ogarnia mnie panika. A może nasza obecność im przeszkadza, może woleliby słuchać swych tradycyjnych góralskich, dodajmy pięknych śpiewów. (???) Staram się ukryć swoje zdezorientowanie, skupić się na muzyce, liturgii i modlitwie. Moje myśli wracają z czarnych rejonów. Przed snem patrzę z okna w stronę Giewontu, jest tak ciemno że nie widać nawet jego zarysu, nie mam jednak wątpliwości, że ciągle tam jest. Mam nadzieję, że tak samo jest z sensem naszej obecności na Krzeptówkach, jest bezdyskusyjny, jedynie ja na chwilę straciłem go z oczu.

Wielki Piątek
Dzień wyciszenia, skupienia, kontemplacji. W domu rodzinnym unikam w tym dniu pastowania podłogi, pieczenia mazurków. Staram się, na ile to możliwe, zebrać wszystkie moje „ja” by odnaleźć swoje miejsce przy Krzyżu i kontemplować Miłość Ukrzyżowaną. W Zakopanym dzięki pracy nad oprawą liturgii udało mi się zanurzyć w atmosferze Wielkiego Piątku. Najbardziej przeżyłem adorację krzyża. Niestety były trzy krzyże – czyli niektórzy całowali łotrów, całe szczęście ustawiłem się w dobrej kolejce:)
Adoracja krzyża. Śpiewamy na zmianę z członkami góralskiej kapeli: Zawitaj Ukrzyżowany, Wisi na krzyżu, O głowo coś zraniona, Dobranoc, Stabat Mater (pieśń napisaną przez Darka Madejskiego - przedstawiciela naszych „ja” z Częstochowy). To właśnie w tym momencie wykonywana przez nas muzyka zaczyna przemawiać, spełniać swoją rolę - pomagać w przeżywaniu tajemnicy śmierci Umiłowanego Syna. Jestem skupiony i spokojny, obawa, że możemy przeszkadzać Góralom w modlitwie znika i mam przeczucie, że już nie wróci.

Wielka Sobota
Podobno Górali ciężko do siebie przekonać, ale jak już się to zrobi to są całym sercem po twojej stronie. Mam nadzieję, że nam się udało. Po wielkopiątkowym śpiewaniu usłyszeliśmy wiele słów poparcia i dostaliśmy zaproszenie na przyszły rok.
Nową energią i nowym brzmieniem - niektórzy chwytają za instrumenty – tętni sobotnie Alleluja. Zebranym w kościele wyraźnie podobają się „Baranki” okraszone radosnym zawołaniem „alleluja” – na całe gardło jak to Marta R (znana pod pseudonimem Trabant) potrafi.

Tego dnia znajdujemy czas na spacer. Wybieramy się na Kalatówki, co sprytniejsi śmigają na nartach, reszta popija herbatę z cytryną i wystawia twarze do sporadycznie pokazującego się słońca.


Niedziela Wielkanocna
Wczesny poranek wita nas biciem dzwonów i góralską muzyką. Kapela z wielką siłą brzmienia i emocji wita Zmartwychwstałego. Procesja mieni się góralskim folklorem. Wyróżniamy się czarnym strojem, ale wzruszenie jest takie samo, nie czujemy się obco.
Świąteczne śniadanie jest wyjątkowe – to są nasze pierwsze wspólne święta, udało się nam spotkać. Każdy z nas jest odrębną indywidualnością ale z mojej perspektywy, z perspektywy Stowarzyszenia Mozart 2003, razem tworzymy jeden byt i to jest niesamowite.
Pozdrawiam i do zobaczenia w Zakopanem.

Deusz
p.s. Opowiem Wam jeszcze o niedzielnej wyprawie w góry. Było ekstremalnie. Do przeczytania za kilka dni.

czwartek, 31 stycznia 2008

Początek

Witajcie,

W ramach wstępu należą się wam pewne wyjaśnienia. Oto one.

Czemu ma służyć prowadzenie tego bloga? Pomyślmy... Zazwyczaj pisanie blogów ma na celu wyrażenie wnętrza autora: jego uczuć, marzeń, pasji. Tak będzie i tym razem. Znajdziecie tutaj wspomnienia, plany, pragnienia. Czyje? To już drugie pytanie.

Kim jest autor? Osobowość autora jest wieloraka, nie rozdwojona, a z pewnością nie roz(s)trojona, trudno zliczyć jej członków, co roku ich liczba wzrasta ku uciesze Gospodarza (osobowości dominującej:).

Lubię gdy nazywają mnie Stowarzyszeniem Mozart 2003, nie znoszę wszelkich zniekształceń typu: Stowarzyszenie Mozarta albo Stowarzyszenie Mozart 2000. Tutaj możecie nazywać mnie Deusz. To imię dużo o mnie mówi, ukazuje to, co dla mnie najważniejsze: miłość do muzyki Amadeusza i miłość Boga (Deo) do mnie.
Postaram się sprostać wyzwaniu i regularnie dostarczać Wam wieści z pierwszej ręki o tym, co w trawie piszczy.

Zachęcam do wpisywania komentarzy, dopisywania swoich wspomnień i sugestii - będzie ciekawiej, pamiętajcie że jesteście częścią mej osobowości.

Pozdrawiam

Deusz