Przez moją opieszałość (nie znajduję usprawiedliwienia dla mego przedłużającego się milczenia) musimy cofnąć się w czasie o rok. Kilka tygodni temu wróciłem z Zakopanego i chętnie opowiedziałbym Wam o moich tegorocznych przeżyciach. Obiecałem Wam jednak pewną historię i nie chcę by dłużej zalegała niewypowiedziana w moich myślach. Oto ona …
Obiecana historia wyprawy w góry…
Niedziela Wielkanocna Roku Pańskiego 2007. Temperatura powyżej zera, słonecznie. Grupa ok. 15 osób nazywająca siebie Stowarzyszeniem Mozart 2003 wybrała się w góry. Cel wyprawy – zdobyć Kasprowy. Po dotarciu do Kuźnic członkowie dzielą się na dwie grupy. Jedni staja w kolejce do kolejki linowej drudzy wyruszają na szlak. Jeszcze nie wiedzą, że niezależnie od wyboru jakiego dokonali przyjdzie im zmierzyć się z górskim żywiołem.
Pierwsza grupa zdecydowała się na łatwiejszą choć mniej przyjemną drogę dotarcia na szczyt. Ośmiu członków Stowarzyszenia stanęło na końcu długiej kolejki. Po półgodzinnym oczekiwaniu zorientowali się, że kolejki odjeżdżają w górę co 15 min. Każda kolejka zabiera trzydzieści osób, 120 osób na godzinę. Przed nimi w kolejce stało około 300 osób. Zdali sobie sprawę, że mają przed sobą prawie trzy godzinny czekania. Ich sposób dotarcia na szczyt nie tylko nie był przyjemny, okazał się ponadto wcale nie być łatwiejszym. Perspektywa zmarnowania pięknego dnia w górach na czekanie w kolejce była przerażająca. Sytuacji nie poprawiali pojawiający się co jakiś czas posiadacze karnetów, którzy majestatycznie w swych narciarskich butach w niecałą minutę pokonywali odległość z końca kolejki na sam jej początek – wydłużając tym samym czas oczekiwania szarym turystom – biednym, małym żuczkom. Przed rozpaczą i rezygnacją grupę ratuje gra w „Ktosia” (zaszczepiona na gruncie stowarzyszenia przez niejaką Kasię O. – piękny mezzosopran o licznych talentach). Tajniki tej gry poznaje każdy, kto wyruszy w trasę Projektu Mozart 200n.
Wyzywając się na intelektualne potyczki grupa bliska wyczerpania dociera do okienka kasowego. Ostatnie Ja stowarzyszenia i ostatni bilet, drzwi kolejki zamykają się – co za szczęście, że nie musieli się kolejny raz rozdzielać…
W tym czasie…
W drodze na Kasprowy znajduje się 7 członków Stowarzyszenia. To Ci, którzy wyżej cenią wyzwania od wygody i bezpieczeństwa. Chcą dotrzeć na Halę Kondratową a dalej wyciągiem krzesełkowym na sam szczyt. Niestety, gdy docierają na halę ich ukryte obawy stają się rzeczywistością – wyciąg jest nieczynny. Postanawiają ruszyć dalej. Niepostrzeżenie ich szlak zmienia się w trasę narciarską. Muszą ją przeciąć i resztę drogi pokonać przez las. Przecięcie trasy narciarskiej to nie lada wyczyn, szczególnie dla tych, którzy wybrali się w góry w trampkach. Pojedynczo lub w małych grupkach biegiem pokonują kilkumetrowy odcinek, tak by nie dać się staranować narciarzom. To w tym kryzysowym momencie jedno z Ja nadwyręża nogę. Zapada decyzja by iść dalej. Osłabione Ja przy pomocy Innych dzielnie pokonuje las. Docierają pod szczyt. Tu wszyscy czują ulgę. Przed ich oczami rozpościera się cudny widok – czynny wyciąg narciarski. Jadąc krzesełkami oprócz przeraźliwego zimna czują radość z odniesionego zwycięstwa. Niestety to nie koniec wyzwań, wyciąg kończy się tuż pod szczytem. Ten ostatni odcinek muszą pokonać po ubitym, śliskim śniegu. Dopiero na szczycie podziwiają widoki. Słońce przebija się przez chmury i odbija się w lśniących górach.
Już razem podziwiamy pokrytą śniegiem Świnicę, Białe Czerwone Wierchy … powoli panoramę gór spowijają chmury.
Drogę powrotną grupa pokonuje razem podziwiając widoki z wagonika kolejki linowej. Marysia (uściski) piszczy przy każdym wyraźniejszym bujnięciu. Jest cudnie…. J
To koniec wspomnień. Choć pewnie każde z Ja biorących udział w wyprawie mogłoby dopisać tu jeszcze wiele wątków (zapraszam).